Życiowy outsourcing


 

     Za dawnych czasów firmy tworzono opierając się na schemacie rodziny. Stąd niegdyś cenny dopisek na szyldzie „firma rodzinna”. To była gwarancja rzetelności, lojalności, poświęcenia i poczucia, że wchodzi się do czyjegoś domu, gdzie traktują Cię jak gościa, a nie zwykłego klienta. Z czasem jednak to się zmieniło, bo to był mało efektywny ekonomicznie i mało profesjonalny profil prowadzenia biznesu. Utarło się powiedzenie, że „jak ktoś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Czy nie lepiej starą ciotkę zza lady zastąpić młodą i ładną pracownicą, która nie dość, że zrobi robotę, to jeszcze będzie przyciągać klientów? Po co kazać swojemu nieletniemu synowi sprzątać sklep po zamknięciu, jak można nająć firmę sprzątającą, która zrobi to za grosze? Itd., itd. biznes stał się zbieraniną profesjonalistów, którzy tylko wpadają zrobić robotę i nara. Można by powiedzieć, idealne rozwiązanie. Czyżby?

     Może robota i jest zrobiona i koszt przerzucony do innej kolumny w rozliczeniu finansowym, ale biznes utracił swój rodzinny charakter. Dzisiaj każdy dział w firmie ma inny kolor identyfikatorów, który daje znać, że to ludzie zatrudnieni przez inny podmiot. Wchodzisz, zostawiasz papier i wychodzisz. Po co się z nimi bratać, skoro dzisiaj za biurkiem ta gęba, a za tydzień może być inna z innego oddziału. Co więcej, skoro to mój podwykonawca, dużo łatwiej mi wysłać skargę do ich przełożonych zamiast, jak kiedyś, dogadać się jakoś na „gębę”? Płacimy im, więc możemy wymagać i nie ma co poddawać się sentymentom, co nie? I tak to się toczy czyniąc z nas coraz bardziej ludzi – robotów, jak Tamagotchi, jak śpiewał Taconafide.

    Jest jeszcze coś, co mnie martwi. Otóż, coraz częściej widzę jakby życie prywatne było powoli zmieniane w schemat outsourcingu. Dlaczego wszystkie moje potrzeby ma zaspokajać rodzina? Przecież jak ktoś jest do wszystkiego, to jest do niczego, prawda? Tak więc z żoną ogarnia się dzieci i zakupy. Z kochanką spełnia fantazje seksualne. Z przyjacielem rozmawia o filozoficznych rozkminach, a  z kumplami od rowerów uprawia się sport. Każde z nich jest profesjonalistą w swojej dziedzinie i może dać mi usługę na najwyższym poziomie. Każdy z nich jest tylko moim podwykonawcą, więc mogę oczekiwać i bez sentymentów wycisnąć ich do ostatniej kropli potu. Przyjaciel powie coś, co mi się nie spodoba? Niech uważa, bo rozpiszę przetarg i zaraz znajdzie się następny na jego miejsce. Kochanka ma się odpowiednio wypinać i piszczeć z rozkoszy, bo jak nie będę zadowolony, inna ją zastąpi. Nie ma co się z nimi za bardzo spoufalać, bo dzisiaj ta gęba, a jutro może być inna.

    Osobiście jednak wolę tradycyjny model zarówno w pracy, jak i w domu. Chcę, żeby zawalił mi się świat, gdy się pokłócę z przyjacielem. Chcę błagać żonę o to, żeby założyła choć czasem koronki do łóżka. Chcę czasem zrobić z kumplami coś, na co nie mam ochoty tylko po to, żeby sprawić im przyjemność. Chcę, żeby oni wszyscy wiedzieli, że nie mogę ich zastąpić. Że nie chcę ich zastąpić kimś, kto obsłuży mnie lepiej. Życie to nie biznes. Tutaj nie rządzi zysk i efektywność. Tu rządzi miłość, lojalność, intymność i bliskość. Tego nie dostanę nigdzie indziej.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tylko dla twardzieli

indianie

Kim jesteś, gdy nikt nie patrzy?