Tylko dla twardzieli
Dalajlama powiedział: "Pamiętaj, że nie otrzymać tego, czego się chce, to czasem wspaniały łut szczęścia.”
Niestety nie miałem takiego szczęścia, bo dostałem to, o czym marzyłem. Od mojego powrotu z pracy w Szwecji marzyłem o wzięciu udziału w szkole przetrwania. Pociągała mnie bliskość natury, bycie zdanym jedynie na siebie, przeżyć używając tylko to, co niesie się na własnych plecach. Chciałem jak prawdziwy twardziel spędzić weekend z innymi twardzielami gdzieś w lesie z dala od cywilizacji. Nie wiedziałem, że przy mojej żonie trzeba uważać na to, żeby zbyt głośno nie mówić o swoich marzeniach. Dlaczego? Ano dlatego, że na ostatnie urodziny podarowała mi właśnie weekendowy kurs przetrwania w lasach pod Piotrkowem Tybunalskim.
Jakże się cieszyłem dostając voucher na kurs. To przecież spełnienie mojego marzenia. Cała rodzina, wszyscy znajomi wiedzieli, że jadę na survival. Ja byłem dumny ze swojej odwagi, a Sylwia z odważnego męża. Rambo przy mnie wydawał się być miękkim siusiakiem. O słodka naiwności, jakże się pomylilem co do siebie!
Największe błędy popełniłem już na etapie przygotowań. Wyszedłem z założenia, że skoro to taka zabawa dla dużych chłopców, to będzie to raczej forma biwaku z ogniskiem i kiełbaskami. Tak też się przygotowałem. Co najważniejsze? No wiadomka - wódeczka i kiełbaski. To pierwszy zakup, który cierpliwie się chłodził. Prognozy na pierwszą noc pokazywały ok 3 stopnie. Czyli letni śpiwór (bo tylko taki jest w domu) i dodatkowa para dresów i git. Nie ma co się za bardzo podniecać. Jak trochę zmarznę to przecież rozgrzeje mnie wódeczka.
Gdy nadszedł dzień wyjazdu, prognozy już pokazywały minus 3 stopnie w nocy. Gdy plecak był już spakowany, Sylwia zaproponowała, żebym pod spodnie założył jej grube kolanówki, które zazwyczaj służą nam do wieczornych figli. A co tam, przecież nikt nie zauważy, że mam na sobie damskie kolanówki, a może być cieplej. Genialny pomysł. Aaa, no i zapomniałem karimaty, więc na szybko wziąłem jeszcze różową matę do ćwiczeń Sylwii na wszelki wypadek. Czyli wszystko gotowe na szkołę przetrwania dla twardzieli takich jak ja.
Humor szybko mnie opuścił, gdy ok 21 dojechałem do miejsca zbiórki gdzieś na końcu polnej drogi w lesie pod Piotrkowem. Zamiast grupki japiszonow gotowych na piknik, czekała na mnie paramilitarna grupa zapaleńców. Wszyscy w moro. Z nożami do kolana niczym Rambo, plecaki z demobilu, buty wojskowe. Jeden były żołnierz zawodowy po dwóch misjach na wschodzie, drugi od 20 lat buduje szałasy w dżungli, trzeci emerytowany komandos chcący przypomnieć sobie stare czasy..... i ja, chłopak w jeansach, z pomarańczowym plecakiem, wakacyjnym śpiworem i różową matą od żony. Już przy pierwszym powitaniu wiedziałem, że to nie będzie piknik.
Szybka odprawa. Niedźwiedź (szef grupy) pyta, czy mam wszystko. Ja na to, że mam, cokolwiek wszystko oznacza. Biorę latarkę w rękę, plecak na plecy i jestem gotowy na przygodę życia. No i pierwszy szok. Niedźwiedź daje komendę, że nie wolno używać latarek, bo wtedy wzrok szybciej przyzwyczai się do ciemności i idziemy na przełaj przez wąwóz, gdzie powinna być rzeka. (cała drużyna jest tu po raz pierwszy, widzieli tylko teren wcześniej na mapach Google). W tył zwrot i komandosi rzucili się prawie biegiem w ciemność w dół wąwozu. Ciemno jak dupie, przede mną tylko oddalające się niebezpiecznie kroki komandosów. A ch.. j, rzucam się za nimi. Nie mogę pokazać przecież, że mam stacha i że cała ta wyprawa wcale mi się tak nie podoba jak im. Z jednej strony chcę za nimi nadążyć, ale z drugiej jak tu się nie wypierdolić w tej ciemności. Lecę za nimi w panice. Mija z 10 min i słyszę, że stanęli. Docieram do grupy i słyszę przed nami rzekę (no bo przecież jej nie widzę, bo boję się zapalić latarkę). Niedźwiedź mówi, że nie widać żadnego mostu więc chyba zrobimy ćwiczenia z przeprawy przez rzekę wcześniej niż planował. Jak co przeprawę przez rzekę? Minus trzy, ciemno jak w dupie, z plecakiem, telefonem, portfelem mam się przeprawić przez rzekę? Tu i teraz? I wtedy ta myśl uderza mnie jak piorun - "kolanówki Sylwii". Pieprzone sexy kolanówki. Nie dość, że mam pomarańczowy plecak i różową matę zamiast moro karimaty, to jak zdejmę spodnie i ci komandosi zobaczą, że mam na sobie sexy kolanówki mojej żony, to ze śmiechu puszczą im wszystkim zwieracze. Co mnie pokusiło? Podczas gdy ja obmyślam plan ucieczki z powrotem do auta, Świstak (podopiezny Niedźwiedzia) informuje, że znalazł most kilkaset metrów w górę rzeki. Ufff, jestem uratowany.
Docieramy do mostu. Mostu..... Hmmm, do trzech lin zawieszonych przez rzekę. No dobra lepsze to niż brodzić w lodowatej rzece w kolanówkach żony. Jakoś udało się przejść przez most i dalej marsz w ciemności. Nie ma już odwrotu, mogę tylko iść za tą bandą wariatów. Wchodzimy w las i maszerujemy. Cicho wokół, słychać tylko łamane gałęzie i oddechy ludzi obok. Jest pewnie po 22. W pewnym momencie docieramy do małej polany gdzie nie wiadomo dlaczego Niedźwiedź uznał, że to idealne miejsce na obóz. Komenda: "niech każdy zorganizuje sobie nocleg i potem zbieramy drewno na ognisko żeby się ugrzać". Jak to zorganizować nocleg? Gdzie namioty? Jest minus trzy, mam tylko letni śpiwór i matę do ćwiczeń, do k...wy nędzy! Komandosi oczywiście mają piękne hamaki z zimowymi otulinami, nad nimi budują sobie niby namioty przerzucając nad linką brezent (tarp). A ja? Komandos obok zlitował się nade mną, dał mi zapasowy brezent i przeciągnąłi linkę pomiędzy drzewami. Już mu nie chciałem mówić, że linka jaką miałem w plecaku to sznurek który wziąłem z domu i służy nam do wieszania gaci w łazience. Oszczędziłem sobie kolejnego upokorzenia. Przybiłem końcówki tarpa do ziemi wrzuciłem plecak do środka i lecę po drewno, bo pozostali już zaczęli znosić.
Ok 23 w końcu to, na co czekałem. Ognicho się pali, kiełbaski się pieką, wódeczka (a jednak się przydała) krąży z rąk do rąk. Pięknie. Jestem komandosem! Marzenie się spełniło. Nawet nie chcę myśleć, co się będzie działo jak padnie komenda do spania i będę musiał iść do mojego tarpa. Nie wiem jak przeżyję tę noc. Na razie jednak o tym nie myślę. Ciągnę wódkę z gwinta, zagryzam kiełbasą i patrzę w rozgwieżdżone niebo nade mną. Eh, życie jest piękne.....
Komentarze
Prześlij komentarz