Szkocja

Lakierki na kalosze

     Chciałbym Wam opowiedzieć historię, jak w jeden weekend zamieniłem lakierki na kalosze w pracy. W dwa dni z młodego handlowca w jednej z najwięszych firm w Kaliszu, stałem się rolnikiem na farmie w Old Meldrum, niedaleko Aberdeen w Szkocji. A oto jak to się stało.
      Żeby zroumieć kontekst musimy cofnąć się trochę. Do czasu, gdy wróciliśmy z Sylwią z emigracji, kupiliśmy wymarzone mieszkanie, pobraliśmy się i zaczęliśmy "zabawę w dom". Napisałem to w cudzysłowie, bo tak to dla mnie teraz wygląda. Otóż, gdy zakładasz rodzinę, robisz to z miłości, ale opócz niej niewiele się przecież wie o temacie. Gdy wraca się z podróży poślubnej, zaczyna się zwyczajne życie: sprzątanie, wspólne spanie w łóżku, pranie, gotowanie, szukanie pracy, rachunki, mycie okien... wszystko to, o czym się nie myśli wypowiadając "tak" na ślubnym kobiercu drżąc z nerwów. Tak więc robiliśmy to na pewnego rodzaju "autopilocie", zachowując się tak, jak podpowiadały nam sterotypy, które podświadomie wszyscy mamy wtłoczone od małego. Sylwia przejęła kuchnię, ja zakupy i tematy wymagające cięższych prac. Jako młody handlowiec, chodziłem do pracy pod krawatem, w spodniach na kancik, lakierkach i ze skórzaną teczką. W weekendy młoda żonka krzątała się po kuchni przygotowując śniadanie, a ja nad filiżanką kawy czytałem papierowe wydanie Dziennika Gazety Prawnej jak na intelektualistę przystało (przynajmniej tak mi się wydawało, że w taki sposób młody inteligent powinien spędzać sobotnie poranki 😂). 
     Wróciliśmy do Polski, bo własnie tu chcieliśmy zapuścić korzenie. Niestety euforia szybko opadła, bo nasza ukochana Ojczyzna nie przywitała nas z otwartymi ramionami. Sylwia nie mogła znaleźć stałej pracy, a ja, pomimo pozorów porządnej roboty,  zarabiałem nędzne 1.200zł netto. Oszczędności z Irlandii wpakowalismy w kupno mieszkania, podróż poślubną i zaczęło się robić krucho z kasą. Wiedliśmy pełne miłości, szczęśliwe początki naszego małżeństwa, z tym, że znowu zaczęło być biednie (a od tego przecież uciekaliśmy wyjeżdżając za granicę kilka lat wcześniej). Nie rozmawialiśmy o tym, ale wiem, że obydwoje trochę żałowaliśmy wyjazdu z Irlandii, gdzie życie było lekkie, przyjemne, ze wspaniałymi znajomymi, a na koncie zawsze było sporo kasy. Wiedziałem, że coś musi się wydarzyć, bo inaczej podzielimy los wielu polskich rodzin żyjących biedniutko "od pierwszego, do pierwszego". 
     No i nastało moje "kairos". Nadeszła okazja, której nie mogłem przepuścić. W pracy, pewnego piątku odebrałem telefon od mojego kumpla, Danego, z którym przyjaźnimy się po dzień dzisiejszy. Mówi: "Tomek, załawiłem Ci robotę w Szkocji, tylko warunek jest taki, że w poniedziałek musisz być tu gotowy do pracy. Dasz radę?"  Ja: "Dobra, zaklep mi to, będę". Wstałem od biurka i pobiegłem do gabinetu pani dyrektor handlowej przedstwiając jej informację, że chciałbym, żeby ten piątek był moim ostatnim dniem w pracy. Ona na to z oburzeniem, że to jest porządna i szanowana firma i nie można sobie ot tak, z dnia na dzień odejść. Zagroziła, że mogę to zrobić, ale muszę mieć świadomość, że na świadectwie pracy wpiszą mi "porzucenie pracy". No to mnie mocno przybiło, bo mieć taki wpis na świadectwie z pierwszej pracy w Polsce to trochę kłopot. Odesłała mnie na moje stanowisko i tyle. Jednak po powrocie do biura zadzowniła do mnie mówiąc: "Tomek, wiem, że z niewolnika nie ma pracownika. Skoro chcesz odjeść, to i tak to kiedyś zrobisz. Napisz wypowiedzenie za porozumieniem stron i przynieś, a ja Ci je podpiszę".  Stało się - rzuciłem robotę. 
    Gdy tylko wyszedłem z pracy, w biurze podróży kupiłem bilety na samolot. Niestety jedyne możliwe połączenie było w sobotę z Warszawy, przez Bratysławę, do Edynburga. Potem już tylko pociąg do Inverurie, a na końcu taxi na farmę. Zapłaciłem 1.250zł za samolot i z biletem pomaszerowałem do domu. Byliśmy niecały rok po ślubie wijąc sobie nasze wymarzone gniazdko, a tu okazuje się, że zamiast kawy i gazety nastpnęgo dnia będę leciał na 4 miesiące do Szkocji, o czym jednym tchem poinformowałem Sylwię. Obydwoje wybuchnęliśmy płaczem. Nie było odwrotu, robota rzucona, bilety kupione. Można było już tylko iść do przodu. Jak zawsze do wtedy i zawsze potem, Sylwia wspierała moje rodzinne decyzje i pomimo bólu związenego z rozłąką, pomogła mi zrobić zakupy i pakować się, bo czasu było niewiele. 
    W taki właśnie sposób, jak uzgodnione, stanąłem w poniedziałek na farmie Davida w kaloszach zakładając ze wszystkimi folię na tunele pod którymi rosły wesoło malinki. Skracając tę historię, decyzja o wyjeździe była dla nas potrzebną odskocznią, bo po powrocie wszystko zaczęło się w końcu układać. Po czterech miesiącach wróciłem w piątek,  a od poniedziałku zaczynałem pracę jako lektor j.angielskiego w szkole językowej. Sylwia miała pracę, kupiliśmy nasze pierwsze auto, zapłaciliśmy jej za pierwszy semestr magisterki i czułem, że mamy odpowiedni rozpęd do tego, żeby w końcu nasze życie w Polsce wyglądało tak, jak to sobie wymarzyliśmy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tylko dla twardzieli

indianie

Kim jesteś, gdy nikt nie patrzy?