mirella
Małżeńska archeologia
Pamiętam, jakby to się wydarzyło wczoraj, pewną rozmowę tuż przed moim ślubem, czyli trochę ponad 17lat temu. Pracowałem wtedy jako handlowiec w jednej z największych kaliskich firm. Pani Mirella B. była Polką, ale mieszkała z mężem Niemcem niedaleko Kolonii i była jedną z najważniejszych naszych klientek. Jak to w handlu, oprócz interesów, poruszaliśmy w rozmowach też prywatne tematy, żeby było miło. Tak więc Pani Mirella wiedziała, że w tamtym okresie byłem tuż przed ślubem i podczas jednej z wizyt zaprosiła mnie na spacer po firmie. Zdziwiło mnie to, ale skoro "klient nasz pan", nie miałem odwagi odmówić. Wzięła mnie pod rękę i postanowiła podzielić się ze mną jednym z małżeńskich sekretów, który poznała z wiekiem (a miała wtedy zapewne tyle lat, co ja teraz).
Nie pamiętam dokładnie słów, jakich użyła, ale sens był mniej więcej taki: "Panie Tomku, wiem, że kocha Pan swoją narzeczoną i zrobi Pan dla niej wszystko. Jednak proszę pamiętać o czymś niezwykle ważnym - otóż, wszystko co zacznie Pan robić w trakcie pierwszego roku wspólnego mieszkania, będzie Pan już robił do końca życia. Jeśli zacznie Pan zmywać po posiłkach, to tak już zostanie. Jeśli prasować, to już na zawsze, itd. Dlatego niech Pan nie będzie za dobry, bo może się okazać, że za chwilę będzie Pan robił wszystko w domu". Przyznam, że dziwnie to brzmiało z ust prawie obcej osoby, jak również kobiety. Czy nie powinna ona bronić interesów kobiet? (dopiero w trakcie dorosłego życia dowiedziałem się, że kobiety rzadko biorą swoją stronę i tzw "solidarność jajników" to mit. No ale to temat na zupełnie inną okazję).
No pewnie, że chciałem uchylić nieba mojej młodej żonie, ale jakoś słowa pani Mirelli często do mnie wracały. Okazało się po latach, że miała rację, że te obowiązki, za które brałem się od samego początku, stały się z biegiem lat czymś oczywistym w domu. I w drugą stronę, to, czym zajęła się Sylwia po ślubie, były odtąd jej domeną. Czy to dobrze, czy źle, było tak, jak przepowiedziane przez Panią Mirellę.
Z czasem jednak doszło do czegoś zadziwiającego. Jeśli odmówiłem zrobienia czegoś z mojej puli, nie było zmiennika. Gdy trochę znudziło mi się prasowanie, ciuchy szybko piętrzyły się aż pod sufit. Gdy Sylwii nie chciało się gotować, chodziliśmy głodni. 🤭 Czy jesteśmy aż tak bardzo skamieniali, że nie potrafimy już zamienić się obowiązkami domowymi?
Ciekaw jestem czy w Waszych związkach było podobnie.
Komentarze
Prześlij komentarz