Życie jak maraton

         Gdy zacząłem przygotowywać się do maratonu przeczytałem na fb takie oto zdanie:

"Gdy chcesz się poruszać, przebiegnij kilometr. Gdy chcesz zmienić swoje życie, przebiegnij maraton". 

         Nie wiem czy ukończenie maratonu zmieniło moje życie, ale z pewnością wzbogaciło mnie o kilka refleksji. (Tak to jest jak dasz filozofowi buty do biegania - zacznie filozofować o bieganiu)
         Długi bieg, tak jak długie życie, ma swoje etapy. Początek jest pełen energii, nadziei, wiary w sukces. Mijasz uśmiechniętych ludzi, którzy Ci kibicują i pokazują kciuk w górze żeby pokazać, że są z Tobą. Tak samo jak w życiu. Spójrz tylko na zdjęcia z wesela lub z imprezy z okazji obrony pracy dyplomowej. Same uśmiechnięte buzie, oklaski i zabawa. Widzisz swoich najbliższych, którzy byli tam tylko dla Ciebie.
            Mija kilka kilometrów i wszystko nadal jest w porządku i jak spełnienie Twoich marzeń. Pogoda dopisała, tempo takie jak na treningu, nic nie obciera (dobrze, że pół roku wcześniej zainwestowałem w porządne obuwie), punkty z napojami są w odpowiednich miejscach. Nie ma już tłumów, ale zawsze ktoś krzyknie: "brawo, dajesz!". Nogi same niosą do przodu. 
       Gdy mija dwudziesty kilometr, zmęczenie daje o sobie znać. Ciągłe walenie nogami o asfalt odbija się na kostkach, kolanach i w moim przypadku akurat na biodrach (coś nowego, czego nie było na treningach). Każdy krok to ból w biodrach. Niby już połowa za mną, ale druga połowa będzie zupełnie inna. Tak samo się czułem  w okolicy czterdziestych urodzin. Wszystko gra, wszystko w życiu funkcjonuje. Tyle że każdy dzień jest jest jak kolejny krok biegu po asfalcie - czuć te czterdzieści lat na karku. Każdy konflikt w pracy czy w domu, każdy problem odbija się bólem po całym ciele. Nie sposób przefrunąć przez kolejny rok tak samo jak na początku dorosłego życia. Teraz każdy kilometr "boli".
        Wracamy do biegu. Mija trzydziesty kilometr i tutaj kończą się żarty. Ból w biodrach się wzmaga. Tego nie było na treningach (bo tyle kilometrów przebiegłem wcześniej tylko dwa razy). Widzów jak na lekarstwo. Nikt już nie kibicuje. Rodzina daleko (czekają pewnie na mecie). Dociera do mnie jak bardzo samotny jestem w tym momencie. Niby daleko już zabiegłem, już tyle za mną, ale także jeszcze tyle przede mną (klasyczna "samotność długodystansowca"). Tyle kilometrów zostało do mety, a ja już  jestem gotowy umrzeć. Tu i teraz.  Życie może się skończyć w każdej chwil i nie będzie mi go żal. Czuję, że brakuje we mnie siły. Nogi mam jak z waty, a ból w biodrach przypomina się co sekundę, co krok. Nie wyobrażam sobie żeby tak miało trwać jeszcze przez ponad godzinę. Biegnę i zastanawiam się po co mi to wszystko. Komu chcę coś udowodnić? Czy chcę pokazać wszystkim, że nie jestem taki stary? Czy chcę pokazać znajomym, że jestem inny niż oni? Może lepszy? Może ciekawszy? Wyjątkowy? Co chcę udowodnić sobie? Przecież nikogo nie obchodzi co ja tutaj robię. W tym samym momencie 7 miliardów innych ludzi zajmuje się swoimi sprawami i mają gdzieś, że ja jestem na skraju wyczerpania i mam ochotę umrzeć. 
        Ostatnie kilometry. Gdzieś ostatnia godzina mi umknęła na użalaniu się nad sobą i jękach. Zbiegamy z mostu Świętokrzyskiego, mijamy Centrum Kopernika i wbiegamy na Wybrzeże gdańskie na ostatnią prostą. Ból w biodrach jest tak duży, że już go nawet nie rejestruję. To nie mój ból. To ból mojego ciała. Czuję jakby moje ciało było skafandrem astronauty - nie mogę bez niego żyć, ale to nie ja. Ja jestem w środku. Mój organizm miarowo oddycha, serce z zadziwiającą precyzją pompuje w nim krew, nogi równomiernie odbijają się od podłoża, zgięte ręce machają wzdłuż tułowia, ale to tylko moja zewnętrzna powłoka. Ja jestem w środku i myślę tylko o jednym. O mecie. Patrzę daleko i szukam białego kwadratu bramki z napisem "meta". I wtedy, nie wiadomo skąd, do głowy przychodzi mi myśl z młodzieńczych lat. Czy to nie Paweł Apostoł pisał o tym, że życie jest jak bieg? Tylko jak to szło, cholera? "Przeto biegnę, nie jakby na oślep. Walczę nie tak, jakbym zadawał ciosy w próżnię. Lecz poskramiam swoje ciało i biorę je w niewolę...... Wszyscy wprawdzie biegną, ale tylko jeden otrzymuje nagrodę". Czy to jeszcze maraton, czy to bieg przez moje życie? W głowie mi się miesza. Tylko jedno się teraz liczy. Meta. Nic innego nie ma znaczenia. Tylko ten biały punkt w oddali. Biegnę i płaczę. Ze zmęczenia, z bólu, ze szczęścia, z nieszczęścia. Czy ja wariuję? 
        Nagle "meta". Udało się! To było tak piękne. Wszystko. Nawet ból w biodrach i kolanach. Przebiegłem maraton w moim ulubionym mieście, przebiegłem dwa razy po moim ulubionym moście. A na końcu?........ Na końcu, jak przez całe życie, czekała na mnie ona. Ta, która była ze mną zawsze, gdy działo się coś ważnego. Zawsze u mego boku, zawsze wierząca we mnie, cokolwiek postanowiłem. Już nikt mi nie kibicował, nikt nie krzyczał "dajesz, brawo!". Była ze mną tylko Sylwia i Kuba. Ludzie przychodzą i odchodzą na dłużej lub krócej, a ona jest zawsze. Ona nie bywa, ona jest zawsze. Może nie jest zabawowa, ale za to jest zabawna. Może się nie wymądrza, ale za to jest mądra. Może nie jest wyniosła, ale za to jest wielka. To lepsze w dłuższej perspektywie. 
          Na ostatniej prostej przed metą zrozumiałem, co to znaczy mieć cel. Cały świat wokół cichnie, jestem tylko ja i napis "meta" w oddali. Nikt i nic nie ma wtedy znaczenia. Rozumiem Apostoła Pawła i dlaczego nikt i nic nie miało znaczenia dla niego oprócz jego celu, aż do dnia, gdy został ścięty za to w co wierzył. Ten bieg mnie złamał. Zawstydził moje ego, prawie złamał moje ciało. Doszedłem do granicy swojej wytrzymałości. Czułem się z jednej strony całkowicie zniszczony i słaby, a z drugiej niezwyciężony. Myślałem, że zaraz umrę, a jednak nogi ciągle się ruszały i serce mimo wszystko nadal we mnie biło. Z każdym krokiem byłem bliżej mety. Czasem w normalnym życiu też jestem całkowicie złamany i słaby, a jednak dzień po dniu idę w dobrą stronę. Ważne, żeby nie spuszczać wzroku z bramki z napisem "meta". 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tylko dla twardzieli

indianie

Kim jesteś, gdy nikt nie patrzy?