Samowystarczalność

          Niedawno w internecie spotkałem się z poglądem, że można zbudować dobry związek tylko, gdy umie się być samowystarczalny. Wszystko po to, żeby nie "wisieć" na partnerze, bo on może kiedyś Cie zawieść i zostaniesz na lodzie.
        Zastanówmy się - jeśli jestem całkowicie samowystarczalny, to po co mi w ogóle partnerka? Przypomina mi się cytat z Biblii, gdzie jest napisane, że "lepiej dwóm, niż jednemu, a potrójny sznur nie tak szybko się zerwie" albo jakieś chyba chińskie przysłowie: "chcesz iść szybko? Idź sam. Chcesz dojść daleko? Zabierz ze sobą przyjaciela". Może to wychwalanie samowystarczalności to echa amerykańskiego indywidualizmu i zachodniego dobrobytu, gdzie bohaterem jest tylko ten, kto sam się dorobił i sam odniósł sukces. Tylko czy to aż taka hańba powiedzieć, że jestem tu gdzie jestem dzięki mojej żonie? Czy jestem mniej męski twierdząc, że stałem się odpowiedzialnym, sumiennym i dobrym mężem i ojcem przy niej? Przecież tak się stało. Pobraliśmy się, gdy miałem 24 lata. No raczej nie byłem wtedy w pełni ukształtowanym mężczyzną. Nie byłem "gotowcem". Stałem się nim po wielu latach wspólnego życia. 
         Przypomniał mi się jeszcze jeden cytat z Biblii: "tak jak żelazo ostrzy się żelazem, tak postępowanie człowieka kształtuje inny człowiek". Czyli samowystarczalność i rozwój na własną rękę to pewien mit albo inaczej: o wiele mniej efektywny sposób dorastania i kształtowania niż bycie zależnym i współzależnym w związku. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tylko dla twardzieli

indianie

Kim jesteś, gdy nikt nie patrzy?