Jaskiniowcy
Ci, którzy mnie znają, gdy słyszą odpowiedź zaczynającą się od "a jaskiniowcy....", od razu przewracają oczami. Od lat uosobieniem życia w harmonii ze sobą i z przyrodą są dla mnie właśnie "jaskiniowcy".
Wychodzę z domu, żona mówi: "weź parasolkę, bo pada". Ja na to: "Jaskiniowcy nie mieli parasolek i jakoś żyli". W restauracji nie ma klimatyzacji i moi narzekają, że nie ma czym oddychać.... Ja: "eee tam, jaskiniowcy żyli bez klimatyzacji i jakoś nie narzekali". Po raz tysięczny żona mówi: "weź bluzę, bo znowu zmarzniesz"... Ja: ".... (no wiadomo co odpowiadam)... I oczywiście potem jak zwykle marznę.
Nie rozumiem dlaczego tak robię. Dlaczego moknę, marznę i cierpię w imię życia w harmonii z przyrodą. Zaczęło się to chyba, gdy pracowałem przy zalesianiu daleko na północy Szwecji. Całe dnie spędzaliśmy na powietrzu. Co kilka godzin deszcz potrafił zmoczyć nas do suchej nitki, a że bylo daleko do auta, ciuchy wysychały nam na grzbiecie. Rano strasznie zimno, w dzień upał jak diabli. Brudny, obolały, potwornie zmęczony. I tak całe dnie daleko od bliskich i cywilizacji. Jednak był to paradoksalnie najpiękniejszy okres w moim życiu. Te chwile tęsknoty za rodziną, mrozu i zmęczenia pozwoliły mi dostrzegać piękno przyrody, bliskość natury i czerpać z tego ogromną przyjemność.
Nie dziwię się dlaczego jaskiniowcy traktowali słońce jak boga. Dopiero, gdy zmoczony do gaci, zły na robotę, zmęczony i z obolałymi plecami dostrzegałem wyłaniające się zza chmur pierwsze promienie słońca, rozumiałem, jak niewiele mi potrzeba do szczęścia. Rzucałem wtedy sprzęt i wyciągałem w górę ręce w stronę słońca, żeby ciuchy szybciej schnęły. Pewnie wyglądałem wtedy jak prawdziwy jaskiniowiec kilkadziesiąt tysięcy lat temu wielbiący swojego boga. Tyle czasu minęło, a my nic się nie zmieniliśmy. To, co naturalne jest nam o wiele bliższe, niż zdobycze naszej cywilizacji. Ciepło promieni słońca na zmarzniętej twarzy jest o wiele przyjemniejsze niż nowy "srajfon", nowe Pumy na stopach, czy chata za dwie banie.
Hmm, może właśnie dlatego wychodzę z domu bez parasolki albo bez bluzy. Z tęsknoty za tym momentem, gdy po deszczu wychodzi słońce i w naturalny sposób daje wytchnienie od deszczu i zimna. Mokra bluza na plecach to moja "mała Szwecja" i wspomnienie tego pięknego okresu.
Komentarze
Prześlij komentarz